Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Prolog.


Prolog.

- Słuchaj, przykro mi, ale wypadamy z interesu.
Z niedowierzaniem spojrzałam na telefon. Zaczęłam się na poważnie zastanawiać nad wyjechaniem w pojedynkę, gdy słuchawka głosem Olki podrzuciła mi inny pomysł.
- Wkręć swojego brata i Żółwia. Niech zabiorą ze sobą swoje dwie przyjaciółki. Ale niech sami na to wpadną. Jak nie wpadną to dopiero im to podrzuć, bo jak się poczują mądrzy to będą mieć lepszy humor.
- Genialne – dziwne, że sama na to nie wpadłam – dzięki.
- Odezwę się gdzieś na dniach.
Olka przerwała połączenie. Spojrzałam w lustro. Odpowiednia mina – o właśnie. Mieszanka desperacji i niezadowolenia, błagalny wyraz oczu. Jeśli chodzi o mimikę, uważam się za mistrza.
Mieliśmy jechać z Olką i jej paczką na Cypr. I właśnie Olka, jak to ujęła, wypadła z interesu. A miały być palmy, morze, samolot i dużo śmiechu. No, trudno. Tylko żeby te Bartka przyjaciółki nie okazały się różowymi lalkami, bo wtedy, przysięgam, zepchnę je ze schodów.
- Bartek, ratuj! – ups, przesadziłam. Zamiast wejść w ładny zakręt, wpadłam w drzwi do pokoju brata. Chyba nic im nie jest, czego nie można powiedzieć o plakacie tej jakiejś rockowej bandy.
- Tina, ty już od dawna sobie grabisz – Bartka nie nastawiło to do mnie i moich planów optymistycznie. A, tam. I tak się zgodzi.
Brat mój był wysokim blondynem o dużych, niebieskich oczach aniołka, którym bynajmniej nie był. Kiedy chciał namówić do czegoś rodziców czy kumpli, używał swojego firmowego, krzywego uśmiechu, którego, jak każda normalna siostra, nie znosiłam. Ubierał się niestarannie, w jakieś workowate, czarne bluzy i wytarte dżinsy. Aż wstyd się z takim na ulicy pokazać. A jak tłukł w piłkę nożną ze swoimi kumplami to chyba całe osiedle ich słyszało. Ale teraz miał mi wyświadczyć przysługę, więc musiałam być miła. Chociaż troszkę.
- Olka i jej kumple odwołali swój udział w tej wycieczce i muszę komuś odsprzedać bilety! Pojedziesz ty i Żółw, i ja. Znajdź mi jeszcze dwie osoby – nie będę mu sugerować nic o przyjaciółkach.
- A ja i Żółw już się zgodziliśmy? – upewniał się Bartek.
- A owszem.
- Do kiedy mam ci znaleźć te dwie osoby? – zapytał. Wiedziałam, że nie będzie problemu. Razem z Żółwiem (którego rodzice okrutnie poszkodowali nadając mu imię Fabian) od początku roku szkolnego łapali się wszelkich zajęć, a zarobione pieniądze nazwali „funduszem wakacyjnym”. Było tego całkiem sporo, więc powinno im wystarczyć.
- Do wczoraj – posłałam mu swój ulubiony uśmiech i jak najszybciej zniknęłam z powierzchni jego pokoju. Gdybym uszkodziła jeszcze jakiś plakat, których miał pełno, to z wycieczką mogłam się pożegnać. Bo, co jak co, ale jechać w pojedynkę nie chciałam. W gruncie rzeczy, to ja jestem bardzo towarzyskie stworzenie.
Bartek nie lubił rozmawiać przez telefon. Kiedy już jednak była taka konieczność, uruchamiał tryb głośnomówiący. Było to dla mnie bardzo… hm… przydawało się czasem i tyle. Na przykład teraz. Zatrzymałam się obok drzwi i zaczęłam starannie zawiązywać trampka (kapcie są passe) na symetryczną kokardkę.
- Cześć, Fabian – rzucił mój brat, stukając równocześnie w klawiaturę. Zapewne wpisał w Google hasło „Limassol”. Albo ogólnie „Cypr”.
- No co jest? – odezwał się niewyraźny głos Żółwia. Skrzywiłam się. Tryb głośnomówiący w komórce Bartka nigdy nie był najlepszy.
- Moja siostra znalazła sposób na pozbycie się naszego funduszu wakacyjnego – kolejne kliknięcia myszką. Czyżby jednak Maps Google?
- A co jej do tego?
Bartek w skrócie wyjaśnił sytuację mojej wyprawy. Uśmiechnęłam się na myśl, jak może zareagować Żółw. Nie rozczarował mnie. W głośniku telefonu rozległy się najpierw dziwne trzaski, które mogły świadczyć o zakrztuszeniu się jakimś płynem, a następnie niedowierzający, oburzony głos Fabby’ego:
- Ryba, czy ty normalny jesteś? Mam jechać na dwa tygodnie za granicę z Tiną?!
Ha. Jak ja nie znoszę tego pacana.
- Ale wiesz, Tina ma jeszcze dwa bilety. Pomyślałem, że może pojechałyby z nami… Zebra i Żyrafa? – wysunął błyskawiczną propozycję Bartek. Omal się nie roześmiałam. Wpadł na to!
- A – uspokoił się Żółw – to wszystko w porządku. Kiedy wyjeżdżamy?
* * *
Dzwonek do drzwi przerwał mi zagłębianie się w lekturę.
- Tina! Drzwi! – zawołał Bartek.
- Mam ci je przynieść?! – zapytałam, zamykając książkę.
Przeszłam do przedpokoju. Odgarnęłam kłębiące się pod drzwiami sterty butów i otworzyłam. Na korytarzu stał mój ulubiony kolega Fabian z dwoma dziewczynami.
- Cześć – posłałam dziewczynom uśmiech – cześć, Fabby – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Nie znosił tego skrótu.
- Cześć, Rin-Tin-Tinie – próbował się odgryźć.
- Wejdźcie – odsunęłam się.
Kiedy trzy osoby weszły do naszego przedpokoju poczułam się nieco zgniatana.
- No zdejmuj te traktory i idź do Bartka – warknęłam, kiedy Żółw nadepnął mi na stopę.
Spojrzał na mnie wilkiem, ale widocznie żadna odpowiednia riposta nie przyszła mu do głowy. Gdy już usunął się z niewielkiej powierzchni przedpokoju, mogłam przyjrzeć się przyjaciółkom Bartka.
Jedna z nich była wysoka i bardzo szczupła. Miała na sobie czarne rurki i czarną koszulkę z krótkim rękawem. Jej twarz była blada z kilkoma piegami przy nosie i dużymi oczami; otaczały ją długie, ciemnobrązowe włosy, takie dziwne, lekko falowane. Wyglądała na osobę nieprzeciętną, o dużej inteligencji, z którą równocześnie można się dobrze bawić.
Druga była w luźnych, szarych, krótkich spodenkach i bluzce w pomarańczowo czarne paski. Miała okulary w czerwonych oprawkach i twarz bardziej okrągłą niż owalną. Wydawała mi się kimś, kto lubi się śmiać i robi to często.
- Tina jestem – przedstawiłam się, gdy zdjęły buty i w końcu na mnie spojrzały.
- Ola – odpowiedziała ta z piegami.
- Daria – powiedziała ta w okularach.
Widziałam, że obie obrzuciły mnie takimi samymi badawczymi spojrzeniami, jak zapewne ja wcześniej. Ciekawa byłam ich wniosków i opinii.
- Tędy – wskazałam im drogę do pokoju Bartka.
Do Oli stanowczo nie pasowało imię Ola. Hm, Ola kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z Żabą, którą właśnie wystawiła mnie do wiatru. Może jakoś zdrobniale, na przykład Olcia? Tak, Olcia mogłoby się nadawać.
Weszłyśmy w trójkę do pokoju mojego brata. Olcia obrzuciła zaciekawionym spojrzeniem plakaty, którymi wytapetował ściany, starannie chowając pod nimi niebieski kolor.
- Słuchasz Sunrise Avenue? – zapytała.
- A owszem – posłał jej swój firmowy uśmiech, a ja już wiedziałam, co jest grane. Mojemu bratu najwyraźniej podobała się Olcia. Ha!
- Okej, ludzie – jeszcze chwila tego ich uśmiechania się i zacznę krzyczeć – mam nadzieję, że wasi koledzy uprzedzili was, o co tu biega? – zwróciłam się do dziewczyn.
- Coś mówili o dużych kwotach pieniędzy i wyjeździe za granicę – powiedziała niepewnie Olcia.
Rzuciłam mordercze spojrzenie Bartkowi. Później się rozliczymy. Opowiedziałam więc jeszcze raz o losach wycieczki do Limassol i Żabie, która wypadła z interesu.
- Rozumiem, że największy problem mogą tu stanowić fundusze – zakończyłam i czekałam na reakcję.
- Mnie tam babcia obiecała wakacje – odezwała się ze śmiechem Daria.
- No to fajnie masz – powiedziała dość sarkastycznym tonem Olcia, ale ja wiedziałam swoje: obie pojadą!
- Czyli załatwione! – nie mogłam się powstrzymać.
Przez chwilę wszyscy milczeli i patrzyli na mnie jak na idiotkę, ale grunt to się nie przejmować.
- Wylatujemy z Warszawy o godzinie dziewiętnastej czterdzieści pięć szesnastego czerwca. Na lotnisku zazwyczaj powinno się być jakieś dwie godziny przed planowanym odlotem. Będziemy lecieć trzy i pół godziny, wylądujemy w Larnace. Hotel nazywa się Caravel. To chyba tyle z praktycznych informacji. Idę, cieszcie się sobą – odwróciłam się na pięcie i zostawiłam towarzystwo.
Kiedy znalazłam się w swoim pokoju od razu poczułam się lepiej. Bez twarzy tych wszystkim piosenkarzy na ścianach. Moje ściany były żółte. Zresztą, wszystko w moim pokoju było żółte. Nad biurkiem znajdowała się korkowa tablica, na której panował totalny bałagan. Kilkanaście widokówek z różnych zakątków Polski, notatki związane z wyjazdami, stare plany lekcji, gdzieś z boku na jednej pinezce trzymała się zmniejszona wersja plakatu ze „Zmierzchu”. Ostatnimi czasy dopadła mnie prawdziwa zmierzchomania. Zakupione niedawno książki Stephenie Meyer zostały już przeze mnie przeczytane dwukrotnie, a marginesy – jak zawsze w moich własnych i niczyich więcej książkach – tonęły w notatkach. Chwyciłam leżący na biurku pilot do wieży i uruchomiłam płytę, na którą zgrałam piracką wersję soundtracku z filmu. Kiedy uszy i umysł wypełnił mi energiczny rytm „Supermassive Black Hole” stwierdziłam, że czas zająć się pożytecznymi rzeczami. Wydobyłam z szafki swój gwiazdkowy prezent od rodziców – niewielkiego, czarnego IBM – i uruchomiłam system.
- I thouhgt I was a fool for no one, but baby I’m a fool for you – zafałszowałam i wstukałam hasło do komputera.
Już dawno stwierdziłam, że to urządzenie jest najcenniejszą rzeczą, jaką mam. Było tu wszystko: od notatek i zeskanowanych fotografii do moich cichych prób pisarskich. Do tego komputer pamiętał wszystkie hasła, których sama w życiu bym nie zapamiętała i zapewniał łączność z tymi osobami, których raczej nie będę miała okazji spotkać osobiście. Drugą najcenniejszą rzeczą dla mnie był gruby album, do którego wkładałam najciekawsze ujęcia z ich rozwlekłymi opisami. Przeważały tam zdjęcia portretowe osób, które miały dla mnie istotne znaczenie.
Kliknęłam dwukrotnie w ikonkę Firefoxa, wpisałam adres Googli i czekałam, aż strona raczy się załadować. Gdy to nastąpiło, kazałam wyszukiwarce znaleźć podstawowe greckie zwroty. W następnej karcie uruchomiłam Maps.Google i znalazłam trasę między Larnaką, gdzie było lotnisko, a Limassol, miejscowością, w której stał nasz hotel. Google odmówiło wyliczenia dla mnie długości trasy w kilometrach, więc zamknęłam kartę i zajęłam się selekcją wyplutych przez wyszukiwarkę stron z greckimi słówkami. Po niedługim czasie wiedziałam już, że „dzień dobry” to kalimera, a „dobry wieczór” – kalispera. Nie wiedziałam, czy może się to okazać przydatne, jednak świadomość, że robię coś związanego z wyjazdem wprawiała mnie w dobry humor.
W moim ulubionym momencie piosenki standardowo załomotałam otwartymi dłońmi o blat biurka i roztrzepałam włosy. Mogłam sobie pozwolić na takie idiotyzmy, nawet kiedyś śpiewałam do dezodorantu. Drzwi zawsze zamykałam. Zazwyczaj nikt nie był na tyle odważny, by je otworzyć.
Kiedy wraz z ostatnimi dźwiękami „Supermassive Black Hole” wyrzuciłam ręce do góry i odchyliłam się do tyłu razem z oparciem mojego obrotowego fotela, omal nie znalazłam się z rzeczonym fotelem w pozycji leżącej. W drzwiach stała bowiem Olcia i dziwnie mi się przyglądała. Oczywiście, owo dziwne przyglądanie się było w pełni uzasadnione, zdawałam sobie sprawę ze swojej emanującej inteligencją sytuacji, lecz stania w drzwiach mojego pokoju nic nie mogło uzasadnić.
- Cześć? – odezwała się niepewnie Olcia, widząc mój wyraz twarzy, który zapewne nie był zbyt przyjacielski.
- Słucham – opuściłam ręce i usiadłam w pozycji dość normalnej.
- Ja tak tylko… chciałam… to ja już pójdę – chciała się wycofać, jednak po drodze napotkała jeden z moich trampków. Znaczy, ten trampek kiedyś był mój. Zanim zaprzyjaźnił się z nim Franklin. I podejrzewam, że to właśnie ze względu na Franklina Olcia stanęła jak wryta i przestała się wycofywać. Sytuacja była tak komiczna, że ryknęłam śmiechem. Olcia przesuwała zdezorientowany wzrok od Franklina do mnie i z powrotem.
- Wejdź – wyksztusiłam w końcu przez łzy – usiądź sobie gdzieś.
Przyjaciółka mojego brata weszła i przysiadła na brzegu mojego łóżka. Miała taką minę, jakby się bała, że zaraz znów spotka ją coś dziwnego.
Bo co jak co, ale Franklin był osobliwym stworzeniem. Był to pies. Chyba. Równie dobrze można by go było uznać za kota czy nietoperza. Od kota różnił się upodobaniami i wydawanymi dźwiękami, natomiast od nietoperza odróżniał go całkiem niezły wzrok i brak skrzydeł.
Franklin w dwóch trzecich składał się z grubego tułowia średniej długości, z którego wyrastały krótkie, niezgrabne nieco łapy, niesamowicie długi ogon i gruba szyja. Szyja zakończona była okrągłą głową, zwieńczoną ogromnymi trójkątnymi uszami. Całość pokryta była błyszczącą, czarną sierścią. Był to mój najlepszy przyjaciel. Dla mnie był najpiękniejszym, najmądrzejszym i najsympatyczniejszym stworzeniem na świecie! Rodzice i Bartek zgodnie stwierdzili, że brzydszego psa nie mogłam sobie wybrać. Ale oni się nie znają.
- Olu, pozwól. To Franklin – wskazałam na mojego ślizgającego się po panelach przyjaciela.
- Jaki fajny! – spojrzała na niego z sympatią.
Zaniemówiłam. Olcia wstała z łóżka i podeszła do Franklina. Odsłonił zęby w swoim psim uśmiechu.
- Nie ugryzie mnie? – upewniła się Olcia, wyciągając ku niemu rękę.
- Nie, na pewno nie.
Nie powiem, Olcia w tym momencie dużo zyskała w moich oczach. Pozwoliła, by Franklin polizał ją po rękach, dała się obwąchać…Poprzednia dziewczyna mojego brata stanowczo zażądała, by na czas jej pobytu w naszym domu Franklin przebywał w zamknięciu. Koniec końców, to ona wyszła, nie Franklin, jednak niesmak pozostał. Całe szczęście, że Bartek zauważa też te fajniejsze dziewczyny. Bo sposób, w jaki dana osoba odnosi się do cudzego psa, który wcale nie musi jej się podobać, daje o niej dużo informacji. Pokazuje, czy to wartościowy człowiek, czy warto rozwijać tę znajomość. Ale to tylko moja prywatna opinia.
- Zabierasz go ze sobą? – spytała Olcia.
- No pewnie! Nie wytrzymałabym tak długo bez niego! – powiedziałam z przekonaniem.
Znów obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem. Nie znała przecież złożonych powiązań między mną a Franklinem, a ja jeszcze nigdy nikomu tego nie tłumaczyłam.
- Franklin jest dla nienajlepszym przyjacielem, doradcą i obrońcą… - przerwałam. To nie było to, co powinnam powiedzieć, by scharakteryzować naszą więź – to jest tak, jakby… jakbyśmy byli połączeni sznurem, który jest maksymalnie napięty. Gdy ja się przesunę, on przesunie się za mną; gdyby tego nie zrobił, sznur zacząłby nas dusić.
Teraz patrzyła na mnie jeszcze dziwniej. Jej spojrzenie mówiło: „przecież to tylko pies!”. Machnęłam ręką.
- Nieważne – poddałam się.
- Sądzę, że jestem w stanie to zrozumieć – powiedziała po chwili. Mówiła powoli, z namysłem.
Nie zgadzałam się z tym stwierdzeniem, ale ten temat nagle stał się męczący. Należało go bezzwłocznie zmienić.
- Gdybyś miała jeszcze jakieś pytanie odnośni wyjazdu… - uśmiechnęłam się, jednak sama czułam, że był to uśmiech dość protekcjonalny.
- A, tak. Właściwie po to tu przyszłam - odpowiedziała.
* * *
Gdy Olcia zadała mi już chyba wszystkie możliwe pytania i wróciła do pokoju Bartka, Franklin swoim psim językiem poinformował mnie, że chciałby iść na spacer. Założyłam buty i wyszliśmy. Franklin nie nosił smyczy ani kagańca. Miałam w nosie, czy dostane za to jakąś karę czy nie – smycz byłaby dla mojego przyjaciela niewyobrażalną ujmą.
Czułam się wspaniale; temperatura była akurat taka, jaką lubiłam, słońce mnie nie raziło… Idąc po znajomej ulicy z Franklinem koło lewej nogi byłam - o! – taka ważna.
Na przejściu dla pieszych stało dwóch facetów. Czekali na zielone światło. Obaj byli łysi i ubrani w identyczne czerwone koszulki. Wyglądali przekomicznie, gdyż jeden z nich był mocno zbudowany i bardzo wysoki, drugi natomiast był jak karzełek. Zapaliło się zielone światło, wydając charakterystyczne piski, jakby ktoś dusił mysz. Faceci ruszyli w tym samym czasie: na jeden krok dużego przypadały dwa kroczki małego. Łatwo było odgadnąć, co sobie w tej chwili myślą. Mniejszy z wyrazem desperacji na twarzy starał się nadążyć za swoim kolegą, pomstując zapewne: „Jeszcze ty mnie kiedyś będziesz gonił!”. Większy wyglądał na zirytowanego: „Dlaczego on się tak wlecze?”.
- Widziałeś to, Frankie? – zachichotałam.
Zabawa „w cudze myśli” była moim ulubionym zajęcie. W twarzach większości ludzi można czytać jak w otwartej książce, ich myśli nie stanowią żadnej tajemnicy.
Chwilę później minęła nas kobieta w średnim wieku. Może miała koło czterdziestu lat. Szła od strony wciśniętego między sklepowe magazyny zakładu fryzjerskiego. Miała czarne, matowe włosy, które na czubku głowy miały kolor głębokiego bordo. Fryzura sama w sobie była całkiem ciekawa. Jednak zmęczona, zmartwiona twarz kobiety podsunęła mi wizję zapracowanego męża, dla którego chciała się odmłodzić.
Franklin fuknął z dezaprobatą.
Stanęliśmy w kolejce do kiosku. Wysłupałam z kieszeni ostatniego zaskórniaka, którego jeszcze nie przeznaczyłam na coś potrzebnego do wyjazdu, z mocnym postanowieniem nabycia gruszkowego Chupa Chupsa. Gruszkowego. Koniecznie. Inny smak nie wchodził w grę. Przed nami w kolejce stał chłopak z długimi dredami związanymi w kucyk. Miał na sobie jaskrawo pomarańczowy T-shirt. Ukucnęłam i odezwałam się do Franklina:
- Na co stawiasz? Bo ja na prostokątne okulary w… hm… czarnych oprawkach.
Franklin szczeknął odmownie.
- Wiem, trochę zalatuje stereotypem. Ale zobaczysz.
Wstałam i w tym momencie chłopak odwrócił się, żeby zobaczyć, dlaczego gadam do psa. Albo żeby rzucić okiem na pokrzykującego sprzedawcę owoców. Albo w jakimkolwiek inny celu. A ja nie mogłam się powstrzymać, żeby nie spojrzeć na Franklina z pełnym satysfakcji mruknięciem. Koleś miała prostokątne okulary w czarnych oprawkach.
- I kto miał rację? – rzuciłam do mojego przyjaciela – zobaczysz, kupi coś o sporcie albo o elektronice.
Chłopak kupił najnowszy numer „Mobile”.
A gruszkowe Chupa Chupsy, oczywiście, były.
* * *
- Chodź, Franklin – była godzina piata po południu; o tej godzinie zawsze szłam z Franklinem na spotkanie z Kubą – miłością mojego życia. Spotkaliśmy się rok temu na wycieczce na Sycylię i od tamtej pory byliśmy nierozłączni. Mieliśmy swoje miejsca w całym mieście i poza nim. Mieliśmy swoje melodie i piosenki, wspólne zdjęcia, szyfry, plany. Kochałam go tak mocno, jak Franklina. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłoby się to kiedyś zmienić.
Wyszliśmy z domu. Zawsze, dzień w dzień spotykaliśmy się pod stojącym niedaleko kioskiem Ruchu. Gdy zjawiliśmy się tam, już czekał.
- Cześć! – przywitaliśmy się, lecz nie odpowiedział – coś się stało? – spytałam.
Dawno nie widziałam u niego tak poważnej miny.
- No co się stało? – dopytywałam się.
- Wyjeżdżam, Tina – powiedział w końcu. Czy mówiłam już, jak uwielbiam brzmienie jego głosu? Jest nie za niski i nie za wysoki, ma ciepłą barwę i jest jednym z najmilszych, najsympatyczniejszych głosów, jakie znam.
- Ja też! – obwieściłam radośnie – na Cypr!
Nie proponowałam mu, żeby pojechał zamiast Żaby. Wiedziałam, że sytuacja materialna jego rodziców pozostawia wiele do życzenia.
- Ale ja naprawdę wyjeżdżam – położył nacisk na słowo „naprawdę”
- Ja też naprawdę – nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi. W każdym razie, nie było to chyba nic miłego.
- Wyjeżdżam z rodzicami do Niemiec. Najpierw na rok, a jak im się uda i dostaną dobra pracę, to szybko nie wrócimy.
- No i co? – przestałam się uśmiechać. Już wiedziałam, do czego zmierza – przecież kiedyś w końcu wrócisz.
- Nie chcę, żebyś musiała na mnie czekać.
- Ale ja tak nie chcę! Mogę poczekać choćby dziesięć lat! – no proszę, szlachetny się znalazł. Już widziałam po wyrazie uwielbianych przeze mnie niebieskich oczu, że nie zmieni swojej decyzji. Ale to było takie nie fair!
- Czas zakończyć tą bajkę, Tina – powiedział, nie patrząc już na mnie, ale gdzieś w chodnik. Byłam mu za to wdzięczna. Za to, że na mnie nie patrzył. Bo poczułam się, jakby uderzył mnie czymś dużym i ciężkim w klatkę piersiową. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Byłam pewna, że gdyby na mnie spojrzał, to wrażenie byłoby dwa razy gorsze. Starałam się desperacko złapać oddech.
Zdawałam sobie sprawę, że zapewne wyglądam żałośnie. Czułam na twarzy łzy, dużo łez. Nadal nie mogłam oddychać i krztusiłam się. Franklin, poruszony, krążył wokół moich nóg i powarkiwał. Co jakiś czas odbiegał od kiosku i wracał, jakby chciał powiedzieć: „Chodź, odejdziemy, może poczujesz się lepiej!”
Posłuchałam go. Odwróciłam się i odeszłam. Mogłam już oddychać, jednak mój umysł był porozrywany na drobne kawałki, tak jak serce.
Od tamtej pory zaczęłam słyszeć w mojej głowie szumy.


Tina 2/07/2009 10:20:59 [Powrót] Wyraź swoją opinię



Hej. Ciekawie się zaczyna. Swoim stylem wyróżniasz się z otoczenia. Będę śledzić Twoją historię.
Proszę o powiadom mnie o nowej części.

Pozdrawiam
Felicity 6/07/2009 16:10:42
| http://felix-valis.wjo.pl IP: zalogowany

przezwisko "żółw" od razu skojarzyło mi się z tym zespołem "zabili mi żółwia" ale towarzystwo innych zwierząt takich jak: ryba, żaba, zera, żyrafa naprawdę mnie rozśmieszały.
gadanie z pieskiem? spoko, ja cały czas maltretuję w ten sposób mojego kota.a co do tego chłopaka => w sumie lepiej ^^ Tina będzie mogła sobie znaleźć kolejnego na Cyprze
Niewidzialna 4/07/2009 10:32:38
| brak www IP: 79.188.92.42

Poniże komentarze są dobijające. Nie przejmuj się zbytnio nimi. Ludzie szukają popularności.

Miły prolog.
Sytuacja brat- siostra.. wprost genialna :D
Natomiast to: "Ryba, czy ty normalny jesteś? Mam jechać na dwa tygodnie za granicę z Tiną?!"- to mnie powaliło na kolana xD
A to:
"- Tina! Drzwi! – zawołał Bartek.
- Mam ci je przynieść?! – zapytałam, zamykając książkę."
Poprawiło mi humor, który zepsuł mi mój najmłodszy brat godzine temu :]]

Pozdrawiam.
eyesOFsoul 2/07/2009 15:52:27
| http://eyesofsoul.blog4u.pl IP: zalogowany

Ty przynajmniej gadasz do psa. Ja mówię sama do siebie. Zapraszam do mnie.
loony 2/07/2009 11:12:00
| brak www IP: 212.76.37.142








Księga

Obejrzyj
Napisz coś

Polub
1704


Spis treści

Prolog.
Rozdział pierwszy

Przyjaciele

unquiet
delusion
magia-smoka
dziecko-mafii


Szablon: sama sobie.
Obrazek: Zenity.