Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Szesnasty czerwca, wtorek
Niezbyt miła pani z biura podróży, siedząca w terminalu pierwszym, poinformowała nas, że za godzinę będziemy mogli nadać bagaż. Odlecieć mieliśmy dopiero za trzy godziny, ale tak wczesne przybycie było konieczne. Przeszliśmy do wskazanych przez ową panią okienek w terminalu drugim i usiedliśmy, czekając, aż ktoś raczy zjawić się po nasze walizki. Daria wyjęła z bagażu podręcznego jakąś książkę. Nie, wróć. Książka to złe określenie: było to opasłe tomisko, noszące dumny tytuł „Zośka i Parasol”.
- Czy to przypadkiem nie jest kontynuacja „Kamieni na szaniec”? – spytałam.
- Daria lubi takie książki – odpowiedziała za przyjaciółkę Olcia.
Udało mi się powstrzymać przed znaczącym popukaniem w czoło.
Wtedy nastąpił kolejny atak. Nie wiedziałam, co dokładnie się ze mną działo. Od mojej ostatniej rozmowy z Kubą miewałam momenty, w których słyszałam w mojej głowie straszny szum, jakbym stała w tłumie gadających ludzi. Niekiedy w tym szumie udawało mi się wychwycić pojedyncze słowa. Ataki były coraz częstsze i coraz dłuższe, ale bałam się komukolwiek o tym powiedzieć. Co, jak co, ale weekend w zakładzie dla czubków wcale mi się nie uśmiechał. Wtedy usłyszałam całkiem wyraźny głos Olci, która siedziała tuż obok mnie.
- ...Tina mówiła, że mamy trzy pokoje w hotelu... Pewnie będę z Darią.
- No, tak chyba będzie najlepiej – powiedziałam do niej, starając się ignorować nasilający się szum, teraz już prawie hałas, który szalał po mojej głowie.
- Ale co będzie najlepiej? – Olcia patrzyła na mnie zdezorientowana.
- No... Odnośnie tych pokoi. Żebyś była z Darią w jednym. Ich - wskazałam na Bartka i Fabiana - się wrzuci do drugiego, a ja będę sama. Gdybym jechała z Olką musielibyśmy się jeszcze brać dostawki, a tak mamy o jedno miejsce do spania za dużo... – urwałam i mimowolnie się skrzywiłam, bo hałas w mojej głowie na chwilę przeszedł w jakby piskliwy krzyk.
- Ale ja nic nie mówiłam o pokojach – usłyszałam – przecież to właściwie nieistotne...
- Nie mówiłaś? – uniosłam brwi. Krzyk ucichł. Szumy uspokoiły się trochę, jednak jeszcze trwały. Najdłuższy z moich ataków trwał dziesięć minut. Teraz zanosiło się na jeszcze dłuższy.
- Nie.
Teraz również Daria i mój brat patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Fabian nic nie słyszał, zajęty swoją mp3.
- Może mi się wydawało – wzruszyłam ramionami, chociaż tego, że słyszałam wtedy jej głos byłam absolutnie, całkowicie pewna.
- Ona jest sympatyczna, ale od tego rozstania ze swoim chłopakiem zaczęła trochę świrować – usłyszałam jeszcze od Olci. Już miałam jakoś to skomentować, gdy zauważyłam, że jest zupełnie pochłonięta rozmową z Darią. Z całą pewnością rozmawiały o Żabie.
- Przecież Żaba... – zaczęłam. Chciałam powiedzieć, że przecież Żaba wcale nie rozstała się z Sebastianem, ale one wcale nie skupiały się na tej sferze życia mojej koleżanki.
- Mówię ci, że nie lubi popu – mówiła z irytacją Daria.
- No to co ja mam jej kupić?
- Kup jej płytę Pati Yang. Teraz akurat wyszła nowa.
Skoro Olcia nie mowiła nic o Olce i Sebastianie, to (a) o kim i (b) dlaczego ja to słyszałam?
Szumy powoli ustępowały. Poczułam ntychmiastową ulgę, gdy w mojej głowie znów zapanował spokój.
Po mojej lewej stronie usiadła jakaś dziewczynka; ja wiem, może miała około dziesięciu lat? Z jaskrawo zielonego plecaka wyjęła paczkę Cheetos. Jak ja nienawidzę zapachu chipsów! A ona otworzyła ją i zaczęła pożerać trującą, naszpikowaną chemią zawartość. Oh, my God. Jak ja nie znoszę, po prostu nie znoszę ludzi, którzy mlaskają. A to dziewczę zaczęło tak ohydnie mlaskać, że miałam ochotę zamachnąć się i ją walnąć. Zamiast tego wzięłam głęboki oddech i wstałam.
- Muszę rozprostować nogi – powiedziałam do czwórki moich towarzyszy.
Zanim odeszłam, dziecko mlasnęło potężnie, jakby na pożegnanie. Zagotowało się we mnie. I to był błąd. Nie powinnam była się tak denerwować, bo prawdopodobnie to spowodowało błyskawiczny powrót szumów. Podeszłam do przeszklonej ściany terminalu, ignarując głowę, która pulsowała tępym bólem. Miałam nadzieję, że atak minie do odprawy celnej. Chciałam być wtedy przytomna. Oczywiście zażyty aviomarin nie poprawiał sprawy. Nawet bez szumów czułam się nieco otępiona. To, że nie mogłam myśleć tak jasno, jak bym chciała, sprawiało, że się irytowałam, a ta irytacja mogła z kolei być przyczyną częstszych ataków. Gdy słyszałam te paskudne szumy zupełnie nie mogłam się na niczym innym skupić, co irytowało mnie jeszcze bardziej. I kółko się zamyka.
- Tina! – usłyszałam głos Bartka. Odwróciłam się. W naszym okienku ktoś się pojawił i Bartek z Fabianem ustawili się już w kolejce z walizkami. Olcia i Daria zbierały bagaż podręczny. Podeszłam do nich szybko. Wzięłam swoją zieloną torbę w kwiatki (która wpradzie wyglądała paskudnie, ale była pojemna), czarną walizeczkę z moim aparatem i podeszłam do Bartka.
- Słuchaj, my tu sobie poradzimy z tymi walizkami, a ty idź się dowiedz, co z Franklinem.
- Okej – Bartek ułożył nasze walizki tuż za bagażami ludzi stojących przed nami – chodź, Franklin.
Zabrał mojego przyjaciela i podszedł do pracownicy lotniska, ignorując kolejkę. Porozmawiał chwilę z siedzącą za biurkiem kobietą i razem z Franklinem odszedł do jakiegoś innego okienka i zniknęli mi z oczu. Westchnęłam ciężko. Szumy nie ucichły, ale nagle przestały mi przeszkadzać. Zyskały jakby inny charakter: były spokojniejsze i nie naruszały moich myśli. Westchnęłam jeszcze raz. Spojrzałam na nasze bagaże. Moja walizka nazywała się Yamnik. Była czarna, długa, wykonana z nieprzemakalnego, wytrzymałego materiału. Była idealna do podróży samolotem, gdy waga walizki nie może przekroczyć siedemnastu kilogramów, ponieważ sama w sobie była lekka, nie tak jak masywne walizy, które akurat były na topie. Te to bardziej przypominały mi opancerzone lodówki. A mój Yamnik był niepowtarzalny.
Ludzie przed nami mieli nadbagaż i strasznie się wykłócali. Jednak w końcu przyszła nasza kolej. Fabian zaczął wrzucać nasze bagaże na taśmę. Kobieta podała mi pięć biletów i życzyła miłego lotu.
Oddaliliśmy się. Nie ma to jak bezproblemowe nadanie bagażu. Kiedy jechałam na Sycylię z moją ciotką, jej walizka przekroczyła dozwoloną wagę. To niewyobrażalne, co ona wtedy wyprawiała. Dołączył do nas Bartek, już bez Franklina.
- Wszystko okej? – spytałam.
- A jakżeżby inaczej – odpowiedział – bilety masz?
- Mhm – spojrzałam na podane mi przez panią z okienka biało fioletowe kawałki śliskiego papieru.
- Rozdaj może.
- A nie lepiej, żeby były w jednym miejscu?
- Ale jeśli ktos będzie chciał coś kupić na lotnisku po odprawie celnej, to musi mieć bilet do tego – uzasadnił swoje stanowisko Bartek.
- Okej. Zajączkowska – odczytałam na pierwszym bilecie.
- To ja – Olcia wzięła go ode mnie. Nie znałam ich nazwisk, gdyż Bartek uparł się, że teraz to on się będzie zajmował organizacją. Zresztą, ja jeszcze nie byłam tak do końca pełnoletnia. Do otrzymania dowodu brakowało mi sześciu miesięcy. Wcześniej wszystko było na nazwisko „dorosłej” Żaby.
- Żółwiecki – nie pytając podałam papier Fabianowi – Świderska.
Daria wyszczerzyła zęby i zabrała mi trzeci bilet.
- Ten jest twój – podałam papier Bartkowi – tylko uważaj, bo ona ci tu przylepiła kwity na bagaże.
- To gdzie się teraz mamy skierować? – Olcia rozejrzała się po wielkim terminalu.
- Mamy być w miejscu oznaczonym B23 – odczytałam z biletu.
- Patrz, tam są ci, co byli przed nami i się tak wykłócali o bagaże – zauważył Fabian.
- Może wiedzą, dokąd idą – mruknęłam – chodźmy.
* * *
Nasz samolot wydawał mi się nieco mniejszy niż ten, którym leciałam w zeszłym roku na Sycylię. Lubiłam kształt samolotów: podłużny, opływowy... W zeszłym roku miałam miejsce przy oknie, centralnie nad skrzydłem, które czasem drżało. Kształt skrzydeł też lubiłam. Ogólnie cała maszyna wydawała mi się jednym z najładniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. Co tu dużo mówić, kochałam samoloty!
Kiedy pojawiła się pani z identyfikatorem i zajęła miejsce za biurkiem tuż przed wejściem do „rękawa” szumy w mojej głowie znów się zmieniły. Trwały nieprzerwanie od czasu nadania bagażu, czyli od około dwóch godzin. Czułam się nimi zmęczona – dwugodzinnym hałasem, który słyszałam tylko ja. Jednak, kiedy podeszliśmy szybko do biurka, żeby nie musieć czekać w kolejce i podaliśmy bilety, jednostajny szum przypominający przebywanie w tłumie rozmawiających ludzi przestał być jednostajny. Nagle ci ludzie zaczęli mówić wyraźniej. Słyszałam dokładnie ich słowa.
- ...będę musiała wyłączyć telefon w samolocie, a co będzie jak szef zadzwoni?...
- ...zanim wsiądziemy muszę jeszcze kupić jakieś picie...
- ...niech ona wreszcie przestanie marudzić...
- ...mam nadzieję, że wzięła mleko dla małego...
Rozejrzałam się. Byli niedaleko. Kobieta z niezadowoloną miną stukająca w klawisze telefonu. Wycofujący się z kolejki facet. Mama patrząca z irytacją na swoją córkę. Małżeństwo z małym dzieckiem.
Och, przecież to nie film fantasy! Takie rzeczy się nie zdarzają! Ty zwyczajnie i po prostu zaczynasz świrować, Tina. Wymyślasz to sobie. To teraz ani słowa nikomu, a te... anomalie należy ignorować. Samo przyszło, samo przejdzie. Jednak byłam przerażona. Słyszałam głosy. Przypomniałam sobie natychmiast, jak kiedyś żartowaliśmy z kumplami z ludzi w centrum handlowym; gdy z biura obsługi klienta nadawali jakiś komunikat, łapałam się za głowę i jęczałam „o nie, znowu słyszę głosy!” A teraz słyszałam je naprawdę.
Odetchnęłam głęboko i weszłam do „rękawa” za Olcią i Darią. Mieliśmy miejsca pod numerem pięć. A, B, C, D i E. Moje było A, więc przy oknie. Fuks. Obok mnie miała siedzieć Daria, dalej Fabian. Bartek i Olcia wylądowali po drugiej stronie wąskiego przejścia między siedzeniami, na miejscach D i E.
- Fabby, mógłbyś to włożyć na tą półkę nad siedzeniami? – podałam mu moją zieloną torbę w kwiatki.
- Nie mów na mnie Fabby – warknął, jednak spełnił prośbę. W głośnikach odezwał się damski głos informujący, jak należy rozmieścić bagaż podręczny i przypominający o zakazie palenia. Fabian umieścił na półce również torbę Darii.
- A aparat?
- No przecież go tam nie włożysz! – oburzyłam się.
Otaczało mnie tyle ludzi, że słowa, które słyszałam wcześniej znów zlały się w jedno. Przerażenie, które czułam, minęło, zastąpione naturalną w moim przypadku ciekawością i chęcią zbadania anomalii. Przypuszczałam, że to wszystko spowodowane jest rozstaniem z Kubą i dziurami, które utworzyło w moim umyśle. Nie czułam bólu, nie było mi nawet przykro. Jednak nie mogłam sobie przypomnieć wielu rzeczy. Nie pamiętałam na przykład, w jaki sposób się poznaliśmy. Wiem, że było to na Sycylii, ale nie miałam zielonego pojęcia, czy to on zagadał do mnie, czy odwrotnie. Wiem, że mieliśmy „swoje” miejsca i piosenki, ale nie potrafiłam wymienić ani jednej.
Starałam się przez chwilę pomyśleć racjonalnie i logicznie. Ludzki umysł ma potężne możliwości, których nikt jeszcze do końca nie zbadał. Czy jest możliwe, by jedna z tych dziur w moim umyśle sprawiła, że mogę usłyszeć cudze myśli? Umysł zawsze wydawał mi się rodzajem zamkniętej przestrzeni, do której nikt nie ma wstępu. A jeśli Kuba zadając mi ból nieświadomie dał klucz do tych przestrzeni? Jeśli ten klucz, który otworzył mój umysł na myśli innych miał być w pewnym sensie ochroną przed cierpieniem, które z pewnością wysłałoby mnie w końcu do psychiatry? Nie miałam pojęcia, czy te myśli są aż tak logiczne i racjonalne, jak chciałam, ale przecież nie czułam bólu, który powinien mnie zamienić w pogrążonego w depresji żywego trupa. Na myśl o Kubie i jego ostatnich słowach dostawałam skrętu wszystkich wnętrzności i czasem brakowało mi oddechu, ale przecież mogłam normalnie funkcjonować, mogłam się nawet śmiać!
Zignorowałam stewardessę tłumaczącą obsługę masek z tlenem i kamizelek ratunkowych. Ciekawiło mnie, czy umiałabym wyłowić z tego szumu jakiś konkretny głos, myśli określonej osoby. Spróbowałam skupić się na siedzącej obok Darii. Spojrzałam na jej skroń, jakbym miała nadzieję, że jej myśli pojawią się tam napisane czarnym markerem. Gapiłam się tak uporczywie, że w końcu odwróciła głowę i ze zdumieniem spytała, o co mi chodzi.
- O nic – zapewniłam ją szybko i odwróciłam się w stronę okna.
Czyli nic z tego. Ale przecież wtedy na lotnisku...
Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Wtedy, przed nadaniem bagażu... Nie wydawało mi się! Słyszałam głos Olci, słyszałam jej myśli. To o mnie myślała, że zaczynam świrować po rozstaniu. I miała rację...
Ale dlaczego wtedy słyszałam Olcię, a teraz nie mogłam usłyszeć Darii?
Koniec z tym. Przecież to jakieś wariactwo. Tu nie ma miejsca na racjonalizm czy logikę. Bo jedyny logiczny wniosek jest taki, że biedna Martyna Bartecka powoli dostaje schizofrenii.
Skupiłam się na tym, co było za oknem. Samolot ruszył i powoli kołował. Gdy w końcu dotarł na odpowiedni pas i zaczął się rozpędzać, wbiło mnie w fotel. Dzięki hałasowi, który swoją pracą wytwarzały silniki, mogłam sobie nawet całkiem skutecznie wmawiać, że wszystkie te szumy i słowa, które wcześniej słyszałam (teraz nie słychać było nic oprócz silników) były tylko niezbyt udanym wytworem mojej wyobraźni.
Oderwaliśmy się od ziemi. Była godzina dziewiętnasta czterdzieści pięć czasu polskiego. Patrzyłam zafascynowana, jak Warszawa przesuwa się pode mną, jak maleje, jak powoli tracę możliwość rozróżniania szczegółów. Wlecieliśmy w warstwę chmur, które od paru dni wisiały nad miastem. Chmury od środka były niesamowite – skłębiona szarość i rozmyty ciemny odcień niebieskiego. Następnie, gdy wnieśliśmy się jeszcze wyżej moim oczom ukazały się białe, nierównomierne góry i doliny, jakby zrobione z waty. Oprócz białego było tam tyle kolorów, że bez problemów mogłabym to narysować nie używając białej kredki: był błękit, szarość, delikatny pomarańcz, w tych najniższych partiach również granat... A ponad tym oceanem z waty królowało czyste niebo: wielka, niczym nie zaburzona niebieskość, niebieskość bez jednej skazy, przechodząca od najjaśniejszych odcieni przy horyzoncie do niemalże czerni na samym zenicie.
Bo nad chmurami zawsze świeci słońce, nawet, kiedy na ziemi pada deszcz.
Pilot wyrównał lot i dotąd podświetlony znaczek informujący o konieczności zapięcia pasów zgasł. Wyjęłam moją mp3, ustawiłam playlistę i odpłynęłam w swoją ulubioną muzykę. W pewnym momencie musiałam usnąć, bo następne, co zapamiętałam z lotu to Daria potrząsająca mnie za ramię.
- Co jest? Dolecieliśmy? – wyjęłam z ucha jedną z słuchawek i wymacałam stopą stojący na podłodze aparat.
- Nie. Dają żarcie – wyjaśniła – rozłóż stolik.
Posłuchałam jej i po chwili stała przede mną niebieska tacka z białym pudełkiem, na którym w różnych językach było napisane „smacznego”. Otworzyłam pudełko i pobieżnie przejrzałam jego zawartość: zabezpieczone srebrną folią mniejsze pudełko, które parzyło przy dotknięciu, plastikowe sztućce w kolorze niebieskim, ciastko i plastikowy kubek, do którego wrzucono odrobinę cukru w papierowej torebce.
- Co w tym jest? – tym razm ostrożniej dotknęłam owiniętego folią opakowania.
- Tego nie wie nikt – odpowiedziała Daria.
Spojrzałam za okno. Słońce już dawno zaszło i teraz na zewnątrz panowała niczym nie zakłócona czerń. Pochyliłam się, opierając czoło o iluminator. Mijaliśmy właśnie jakieś większe miasto, bo w dole, pośród tej czerni, dostrzegłam pajęczynę złożoną z cieniutkich, pomarańczowych i żółtych nitek – świateł na ulicach.
Skupiłam się z powrotem na zawartości stojącego przede mną pudełka. Kiedy człowiek śpi, nie czuje głodu. Gorzej jest, kiedy się już obudzi. Zapomniała o ostrożności i chciałam zerwać folię, znów parząc się w palce. W końcu wykorzystałam do walki z folią suwak bluzy i moim oczom ukazała się zawartość. Były to kawałki ziemniaków (chyba) pokryte warstwą jakiejś niezydentyfikowanej paćki. Jednak byłam na tyle głodna, że zignorowałam ujemny odbiór wzrokowy i rozpakowałam widelec. Przy bliższym poznaniu paćka dużo zyskiwała. Jak to mówią, najlepszym kucharzem jest głód.
Jakieś pół godziny później zostałam zmuszona do wyłączenia mp3. Głośniki poinformowały nas, że zaczynamy się zniżać. Z autopsji wiedziałam, że tracenie prędkości i obniżanie lotu zaczyna się około trzydziestu minut przed lądowaniem. Zwinęłam słuchawki i schowałam razem z odtwarzaczem do przedniej kieszeni pokrowca aparatu.
Ów pokrowiec był – razem z zawartością – moim nieodłącznym towarzyszem. Miał kształ przewróconego graniastosłupa prawidłowego czworokątnego i wymiary jakieś piętnaście na dwadzieścia centymetrów. W kieszeni głównej miał swoje miejsce aparat i wszystkie kable od niego. W niewielkiej kieszonce po prawej stronie nosiłam trzy czyste płyty RW. Bo mój aparat nie zapisywał zdjęć na kartach pamięci, a na płytach CD o średnicy ośmiu centymetrów. W kieszonce po lewej stronie była guma do żucia i chusteczki, a w tej z przodu było miejsce dla odtwarzacza i słuchawek. Nic więcej zazwyczaj nie było mi potrzebne przy jakimkolwiek wyjściu.
Zgodnie z moimi przewidywaniami ziemi dotknęliśmy po półgodzinie od komunikatu. Pilota standardowo nagrodziliśmy brawami.
Gdy ucichły silniki mogłam znów posłuchać sobie cudzych myśli. Jednak teraz, po locie, który miał trzy i pół godziny, a podczas którego (oczywiście w tych momentach, których nie przespałam) mogłam skupić się wyłącznie na swoich myślach, miałam nieco inne podejście do tego, co mnie spotkało. Kiedyś rozmawiałyśmy o tym z Beatą, moją najlepszą kumpelą. Wspólnie stwierdziłyśmy, że byłoby cudownie wiedzieć, co sobie kto myśli. Mówiłysmy ogólnie o ludziach, jednak dla nas obu było wiadome, że chodziło wtedy o Maćka z 3a. A teraz... Dlaczego nie miałabym potraktować tego jak... prezentu? Zabawy? Może brzmiało to trochę okrutnie, jeśli spojrzeć ze strony tych niczego się nie domyślających ludzi. Ale gdybym nadal się tak tego bała, jak dziś, to w końcu dostałabym paranoi.
A więc – niech zabawa się rozpocznie.
Tina 10/07/2009 09:12:39 [
Powrót]
Wyraź swoją opinię
Ojej, widzę, że kolejne niedoceniane opowiadanie.
A szkoda.
Bardzo przyjemnie i lekko mi się je czytało. A to bardzo ważne w opowiadaniu, gdyż wtedy każdy jest w stanie je zrozumieć i pokochać. Dzielenie się swoim dziełem i miłością do niego jest istotne. Cieszy mnie, że to robisz.
Ach, szkoła bardzo przeszkadza w pisaniu, jednak myślę, że równie niebezpieczny jest nadmiar wolnego czasu. :)
Dodaję oczywiście do ulubionych.
Pozdrawiam,
Sirene.
Sirene 20/07/2009 21:02:33
|
http://consigliere.blog4u.pl IP: zalogowany
Czytanie w myślach..
aaa.. to jakby puzzel wyjęty ze Zmierzchu..
Ale tak swoją drogą, wolałabym nie umieć czytać w myślach.. W wielu sytuacjach byłoby to irytujące... ;))
Ja tam wolę strzelać, co kto myśli.
Zazwyczaj strzelam bezbłędnie
Czasem chybiam.. ale tylko czasem ;D
Miło się czyta.. :)
Czasami rady rodziców okazują się trafne w przyszłości :)) więc należy tylko nie zapominać tej nauki ;)
eyesOFsoul 10/07/2009 12:41:08
|
http://eyesofsoul.blog4u.pl IP: zalogowany
zabawo trwaj! kiedyś widziałam taki film.. tytułu zapomniałam, ale była sobie dziewczyna co słyszała cudze myśli, zamknęli ja w psychiatryku gdzie pasjami czytała książki, bo wtedy nie słyszała cudzych myśli. hmm.... film genialny ^^ Tina powinna się nauczyć panować nad tymi szumami... łatwiej powiedzieć niż zrobić, ja się uczę medytacji (tak wiem głupie, ale mi się podoba) i nie myślenie o niczym jest cholernie trudne.
Niewidzialna 10/07/2009 11:16:33
| brak www IP: 79.188.92.42